Jesteśmy w Szwajcarii już niemal trzy lata. Bez kilku dni. A jednak pozostało tu jeszcze wiele miejsc, których nie odwiedziliśmy. Jednym z nich była
Jura. Do czasu. Do poprzedniego tygodnia.
Gdzieś w podświadomości to ona właśnie stała się dla mnie symbolem Szwajcarii, wyniesionym jeszcze z lat dzieciństwa i młodości, kiedy byłam tam dwa razy na wakacjach. Pozostały mi w pamięci iglaste lasy, delikatne pagórki, drewniane domy z oknami pełnymi kwiatów, wiejskie dróżki i niewidoczny gołym okiem, a jednak dający się tu odczuć dobrostan ( w latach dziewięćdziesiątych paczka gum do żucia i puszka coli były tu dla nas wydatkiem nie do przełknięcia).
Więc pojechaliśmy. Na wakacjach, rzecz jasna,nie byłam tu w jakimś hotelu, ale u znajomych moich rodziców. Gdy wedle mapy dzieliło nas od ich domu jakieś dziesięć kilometrów, zadwoniłam i umówiliśmy się na spacer nad brzegiem jeziora- rezerwatu, w którym tu latem pływaliśmy.
 |
Na wyciecze w lesie |
Jura to obszar, który leży bardzo wysoko, ok. 1000 m.n.p.m, choć najwyższa góra w tym rejonie wznosi się zaledwie na nieco ponad 1600 m.n.p.m. W związku z wysokością klimat jest tu nieco bardziej srogi, iglaki przeważają nad drzewami liściastymi, mieszka tu mało ludzi i jest na swój sposób pięknie. Nawet bardzo pięknie...
Po spacerze zostaliśmy zaproszeni do domu na kolację, a potem na nocleg. Tak po prostu. Choć, uwierzcie mi, w Szwajcarii cięzko umówić się z kimś z minuty na minutę choćby na kawę:) Ale nasi znajomi to nie są stuprocentowi Szwajcarzy. Nasz syn nazwał ich ,,Szwajcaro-Polakami", bo mówią nieco po polsku, a my nazwalibyśmy ich raczej ,,wolnymi duszami".
 |
Pożegnalne zdjęcie z naszymi gospodarzami |
W latach dziewięćdziesiątych zamieszkali na 9. miesięcy w Polsce, gdzie Hubert studiował na Akademii Sztuk Pięknych. Mieli wtedy dwójkę małych dzieci. On jest malarzem i robi piękne fotografie, więc na cały wieczór zatopiliśmy się w albumach z przeszłości. Cudnie było móc zobaczyć Polskę oczami kogoś z innego kraju. No i nas same- mnie i moej siostry w wieku pięciu, czterech i jednego roku:) I moich młodych rodziców, ich znajomych z dziećmi.
Widzieliśmy nawet, na moje życzenie, dom, w którym mieszkali, kiedy byłam u nich ostatnio...jakieś piętnaście lat temu. Wyobraźcie sobie, że pochodzi z XVII wieku, tuż za drzwiami jest duża i wysoka kuchnia z półokrągłym osmolonym sufitem.
Ich nowy dom również ma swój klimat- każde pomieszczenie wykończone jest z artystycznym rozmachem- nawet biorąc kąpiel nie wiadomo na czym zawiesić wzrok- tyle u swoistych dzieł sztuki:)
Późnym porankiem pożeganliśmy się, pozjeżdżaliśmy nieco okolicę, pojechaliśmy w kierunku Francji do uroczego miasteczka Saint Ursanne, a potem za granicę po bagietki i owoce ( oraz zatankować tańszego tam- diesla). Niebo nieco się rozchmurzyło, ale towarzyszył nam nieustający wiatr, więc wsiąść na rowery ( które taszczyliśmy w bagażniku) udało nam się dopiero pod wieczór.
 |
Kadry z Saint Ursanne |
Postanowiliśmy rozbić namiot we Francji O zmroku szukaliśmy właśnie jakiegoś ustronnego miejsca w lesie, gdy słońce zachodziło za horyzont, obdarzając nas jednym z najpiękniejszych rodzajów świateł. Zatrzymaliśmy się obok zielonego pola uprawnego. A potem bardzo szybko okazało się, że mazista wartswa błota pod kołami samochodu, nie tak szybko nas stamtąd wypuści. Zmierzchało, więc ułożylismy się do snu w samochodzie, rowery zostawiając na zewnątrz.
Nazajutrz wyszłam na drogę w oczekiwaniu na pomoc. Ale miejsce, w którym spaliśmy, należało do naprawdę rzadko uczęszczanych, w ciągu godziny przejechał tędy zaledwie jeden samochód, a jego właścicielka chyba za bardzo się mnie przestraszyła ( mamy z dzieckiem pośrodku głuchego lasu, o siódmej rano). U skraju pola, które tym razem lśniło w porannych promieniach, Mariusz kręcił kierownicą i cisnął na gaz, a także zbierał pod koła iglaste gałęzie, także w końcu jakimś cudem udało mu się wyjechać:) Ruszyliśmy przed siebie. Tym razem naszym celem była rzeka Ren, gdzie urządziliśmy sobie rowerowy wypad nad brzegiem. A potem zajechaliśmy aż do jej przełomu, gdzie zza burty małego statku, podziwialiśmy tony wzburzonej wody, opadającej w dół w kaskadzie wodospadów.
 |
A po drugiej stronie Renu- widać już Niemcy:) |
Wróciliśmy do domu po trzech dniach wycieczki. Warto było. To trochę takie nasze ćwiczenia bojowe przed czekającą nas podróżą na poważnie. A obok ćwiczeń mamy okazję przekonać się, że Europa to także fajne miejsce na wakacje ,,na dziko".